sobota, 28 stycznia 2012
Nie jestem lekarzem
Od kilku dni w domu klimat podwyższonego ciśnienia. Julinkowe gorączki tym razem nie skończyły się po trzeciej dobie, jak to zwykle przy małych infekcjach bywało. Tym razem znów oznaczały zmiany w oskrzelach, może i płucach. Wczoraj wieczorem pani doktor włączyła antybiotyk i wypisała skierowanie do szpitala gdyby coś się pogorszyło. W nocy włączyliśmy tlen, bo saturacja zaczęła spadać. Całą noc czuwałam, może ze trzy godziny w sumie spałam. Wciąż zastanawiałam się na tym skierowaniem, wykorzystać czy nie... a może damy radę bez szpitala. Na ogół gdy ktoś słyszy, że Jula jest chora mówi "żeby tylko obyło sie bez szpitala". Gdy to słyszę przychodzą mi do głowy dwie myśli: 1. Jasne, że się obejdzie bez szpitala, w końcu jestem MAMĄ i znam swoje dziecko najlepiej... 2. O co Wam chodzi z tym szpitalem? Tam pracują lekarze, którzy po to się kształcą by leczyć m. in. nasze dzieci. W ciągu ostatnich trzech nocy po raz kolejny (chociaż nigdy wcześniej o tym nie pisałam) przeszłam pewien proces emocjonalno-myślowy, w którym po raz kolejny uświadomiłam sobie, że nie jestem lekarzem, nie jestem pielęgniarką. Jestem inżynierem, muzykiem, poetą, prawie teologiem... Nie muszę się znać na wszystkim i ogarniać wszystkiego (to takie nietypowe zdanie w moich ustach - bo ci co mnie znają lepiej wiedzą, że ja muszę być doskonała we wszystkim). I dlatego już nie będę się czuć winna, że moje dziecko nie dało rady wyleczyć się w domu. Kiedyś jedna pani doktor podczas pobytu Julki na OIOMie powiedziała mi, że my to mamy OIOM w domu, tylko, że w szpitalu lekarze i pielęgniarki zmieniają się co 8-12 godzin, a my nie. Poprzednie trzy noce dały nieźle w kość mojej wewnętrznej sile i ambicji. Zwłaszcza ostatnia, podczas której prawie nie zamykałam oczu. Jak tylko się dowiem czegoś o Julce to napiszę... Na Polanki pojechała razem z tatą. Marysia zaczęła ferie u swojej mamy chrzestnej, a ja muszę wziąć się za swoje oskrzela...
piątek, 20 stycznia 2012
Integracja
Dziewczynki coraz częściej bawią się razem... Tzn. Marysia kładzie na stoliku przedmiot zabawy np. domek Kubusia Puchatka, następnie pyta Julki kim chce być, włada jej zabawki do ręki... Kiedy przygotowuje piknik, to Jula dostaje od Marysi porcję zgodnie z tym co Jula wybierze. Marysia już coraz cierpliwiej czeka na Julinkowe mrugnięcia oczami. Maja też obie fazę na Barbie, przy czym Marysia chce oglądać non stop "Barbie i Trzy Muszkieterki" a Julia "Barbie w świecie mody" - hmm, to wiele mówi o moich córkach :) Jedna bohaterka, druga modelka :)
wtorek, 10 stycznia 2012
Zmiana Fundacji
Z powód nie do końca mi znanych dostaliśmy pismo z Fundacji w której Julia miała subkonto pismo z wypowiedzeniem umowy/porozumienia. Z tych samych przyczyn (jak mniemam) nie mam wciąż rozliczenia 1% za zeszły rok. Prawdopodobnie będzie ono znane dopiero na koniec marca. Nie mniej jednak wszystkim darczyńcom Julki DZIĘKUJEMY i zapewniamy o naszej pamięci modlitewnej. Wypowiedzenie porozumienia wiąże się z tym, że w tym roku Julka nie może w tej fundacji gromadzić środków z 1% podatku. Na szczęście udało nam się w ciągu kilku dni podpisać porozumienie z Fundacją "Żyć bezpiecznie", która chętnie nas przygarnęła. Może Was trochę zmylić fakt, że jest to fundacja wspierająca policję, ale nasza rodzina ma w genach policyjną krew... :) W związku z powyższym, jeśli ktoś już rozlicza się z fiskusem i chciałby przekazać 1% podatku dla Julki może to uczynić wykorzystując poniższe dane: Fundacja „Żyć bezpiecznie” OPP KRS 0000142391, NIP 583 28 07 767 80-958 Gdańsk, ul. Bogusławskiego nr 2 lok 52, Cel szczegółowy: "JULIA BARTCZAK" 80-tka prababci
22 grudnia moja babcia, a prababcia Julki i Marysi obchodziła swoje 80-te urodziny. W ubiegłą sobotę hucznie świętowaliśmy tą okrągłą rocznicę urodzin w gronie najbliższych. Dziewczynki dzielnie wytrzymały do godziny 23-ciej. Marysia na parkiecie, a Julka ze swoim przenośnym DVD... W prezencie dla prababci dziewczyny przy pomocy cioci Ewy zrobiły plakat z życzeniami. Na plakacie poprzyklejały różne dziwne i mniej dziwne rzeczy, które wyrażały ich życzenia (zdrowia, słońca, bogactwa, miłości...). Były drobne pieniążki ze skarbonki, papierki po cukierkach i oczywiście prace Julki (słońce i motyle). Prababcia była zachwycona :)
Święta i Sylwester
Tak jak obiecałam - małe resume... Święta spędziliśmy intensywnie. Wigilia w domu na Rotmance z moją rodziną, a Boże Narodzenie w Tczewie z rodziną tatusia. Niestety z powodu grypy żołądkowej, która zaatakowała nasz dom, nie udało nam się najeść do syta i do końca zrelaksować. Mimo to było bardzo wesoło.
Drugi dzień świat żegnaliśmy przyjaciół, którzy przed sylwestrem wyjeżdżali do Anglii. Niestety dziewczynki nie mogły się pożegnać osobiście z Zuzią, gdyż obie w tym czasie zaniemogły. Marysia z grypą, Julka z antybiotykiem na oskrzela. W przerwie między świętami a sylwkiem mnie też porządnie zmogło, przez co tatuś musiał wziąć urlop, żeby się nami zająć. Na szczęście do sylwestra wszystkie wyzdrowiałyśmy i mogliśmy całą rodzinką wybyć z domu żeby pobawić się razem z przyjaciółmi w Gdyni. To pierwszy wychodny sylwester od wielu lat. Były tańce, fajerwerki, życzenia, pyszne jedzenie, ale przede wszystkim wspaniałe towarzystwo i obecność naszych dzieci, które na sali obok same organizowały sobie zabawę. Julia po szaleństwie z tata na parkiecie zasnęła w swoim wózku i do północy spała smacznie na sali. Dopiero okrzyki noworoczne przebudziły ją i musieliśmy się z sali ewakuować. W zacisznym pokoiku zasnęła znowu, a my (rodzice) mogliśmy dalej bawić się do świtu. Nowy Rok spędziliśmy razem z przyjaciółmi.
piątek, 23 grudnia 2011
Przygotowania świąteczne
Co roku po jesiennej zadumie ożywiamy się trochę w czasie przygotowań do świąt. W tym roku też łapiemy klimat świąteczny robiąc różne rzeczy razem. Wspólne ubieranie choinki, pieczenie ciasteczek amoniaczków... Jutro tatuś ma wolne, więc będą też wspólne porządki i dalsze podboje kuchenne. Wszystko po to, żeby w czasie świąt usiąść i razem odpocząć, pograć w gry i uruchomić kino familijne.
niedziela, 18 grudnia 2011
Czas leci
Ups... Trochę mnie tu nie było... Powoli szykujemy się do świąt, chociaż atmosfery jeszcze nie do końca czujemy. Zapewne przez to, że mamy dużo pracy - tata w pracy ma kocioł, często wyjeżdża, a ja maluję, a gdy jestem sama z dziewczynkami to nawet nie chce mi się odpalać komputera. Ze zdrowiem u nas jak to jesienią (o zimie ciężko w tym roku mówić) - katary i katarki... Jula pilnie się uczy. Z panią Magdą - wychowanie fizyczne, a z panią Anią - komunikację. Na początek trenuje planowanie ruchu oczami - brzmi poważnie i nie jest takie proste, ale Jula robi postępy. Dla nas to tak oczywiste - mrugasz, nie mrugasz, patrzysz w dół, w bok, do góry... Julia się nie zraża, a pani Ania przychodzi dwa razy w tygodniu z ciekawymi zadaniami. Następnym razem porobię zdjęcia Julinkowego zeszytu :) Mikołaj zostawił w bucie farby do malowania paluszkami, co bardzo ułatwia Julii zabawę. Marysia natomiast codziennie chodzi do przedszkola. Wciąż coś śpiewa, pokochała rysowanie, pisanie. Po domu walają się kolorowanki, kartki z dziełami sztuki i literkami, których nie wiem skąd się uczy :) Coraz lepszy jest kontakt Marysi z Julką. Marysia o wszystko Julię pyta, pokazuje jej różne rzeczy, kiedy się bawi to robi to tak, żeby Jula dobrze widziała. Miło się na to patrzy :) Przed nami ostatni tydzień, potem odpoczniemy w świątecznej atmosferze...
czwartek, 03 listopada 2011
Powroty do domu
W poniedziałek Julia wróciła po tygodniu szpitalnego życia do domu. Czuje się już dobrze. Dziś podczas wizyty kontrolnej pani doktor pozwoliła nam wychodzić z domu, czyli jest nieźle. Od poniedziałku już w końcu ruszymy z zajęciami szkolnymi. Pięć dni w tygodniu - 2 razy pan Marcin (fizjoterapeuta ze szpitala), 2 razy pani Magda (fizjoterapeuta ze szkoły) i 2 razy pani Ania (neurologopeda ze szkoły). Zapowiada się wesoło - Jula nie będzie się nudzić, a ja może coś porobię w moim zakurzonym warsztacie. Ale o tym innym razem... --------------------------- Przepraszam za moje milczenie, ale ostatnie 2-3 tygodnie przybiły mnie do podłogi. Niektórzy nazwą to jesienna zadumą, inni zmęczeniem materiału, jeszcze inni... nie wiem jak. Dla mnie to po prostu spadek formy. A co upadło, musi wstać... Tak więc powoli powstaję, bardzo powoli... Jak już wstanę i się wyprostuję to wrócę z większym entuzjazmem, ok? Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za Waszą wytrwałość i cierpliwość w kibicowaniu Julce i naszej rodzince!!!
wtorek, 25 października 2011
Dwa oddechy
Wdech.. wchodzę na oddział, w głowie przelot myśli, niepokoju. Wyobraźnia pracuje... Wydech... zauważam znany mi dobrze personel medyczny, uśmiechnięte pielęgniarki. Znaczy, że nie jest źle... Wdech... ostatni przed wejściem na salę. W jakim stanie będzie moje dziecko? Czy jeszcze śpi po bronchoskopii, którą miało rano? Czy może już obserwuje świat ze szpitalnego łóżka? Wydech... wszystko gra. Kontakt nawiązany. Na przenośnym dvd leci bajka o pingwinach, odwracająca uwagę od plątaniny kabli i drenów. Dziecko stabilne i spokojne.
Powtórka z historii - zawsze te same dwa oddechy... |